czwartek, 26 grudnia 2013

Otres 2 News potwierdza dramatyczne wydarzenia na plaży!

Drugi dzień świąt zazwyczaj jest nieco niepokojący. Co tu robić? Co Kowalscy właściwie wtedy robią? Co wypada, a czego nie. Już dawno minęła Wigilia, gdzie wszyscy byli mili. Już prawie każdy zaliczył w pierwszy dzień świąt wizytę u jakiejś rodziny, niekoniecznie swojej. Ewentualnie rodzina odwiedziła czekających na to domowników. Nie bardzo wiadomo co z tym drugim dniem zrobić. Czy może pójść na spacer, może trochę pobuszować na FB, a może do kina?




Niektórzy zapewne, to ci co mają FOMO, siedzą i sprawdzają newsy, żeby być na bieżąco. Newsy z Polski zapewne znacie. Wśród nich króluje informacja o tym, że Wiśniewski śpiewa o filiżance, a jakaś Kaja Ś, była kochanka Borysa SZ, który wybiera sobie narzeczone z nazwiskami na Ś, coby było oryginalnie, zaszła w ciąże z mężczyzną, dziennikarzem TVN turbo. To jest tzw. News z D. Co to jest D, każdy sobie może odpowiedzieć sam.
Za granicą, najważniejszą informacją jest to, że mały Jerzyk woli bawić się papierem, w które opakowano liczne podarki dla niego, zamiast samymi prezentami. Królowa jest przerażona, Kate płacze, przez co rozmazala sobie czarną kredkę, a William wyrywa sobie resztki włosów. Ciekawe czy dostał od prababci koronę i nie jest nią na razie zainteresowany, bo jest dopiero 3 w kolejce do jej codziennego noszenia?

Tutaj TVN na szczęście nie nadaje i nawet nie można ich szybko streamować. Próby sie nie do końca powiodły, chociaż co nieco widzieliśmy. Jaka szkoda! Chłopaki, tak jak my ostatnio podróżują. Mieli do nas niedaleko i mogli nas osobiście  odwiedzić. Jednak chyba nie mogli, bo właśnie przypomnieli sobie o wysłanych do Afganistanu, nie wiadomo po co, przez Kwaśniewskiego żołnierzach i nadali przenikliwe i interesujące Fakty stamtąd. Kamil D, znów wystąpił w roli niezastąpionego dziennikarza politycznego, który wszystko wie i na pewno umie czytać z promtera, co mu tam napisali. Leciałem z nim kilka tygodni temu do GDN i ten ma na pewno FOMO. Zanim samolot się nie zatrzymał na dobre w GDN ten już na tablecie sprawdzał newsy na stronie, na której sam wyskoczył w formie "pop upa". Po nim wyskoczyła przerażona, zdziwiona i chuda Pochanke. Widzieliśmy, że Woroch tez coś nadał tam Kabulu z dachu. Mimo tego, że wszyscy myślą, że on taki elokwentny i cudownie posługuje się językiem polskim, twierdzimy, że tak nie jest. Mieliśmy wątpliwą przyjemność dzielić ten sam bus na lotnisko Luton i tam pan W nie posługiwał się piękną polszczyzną. Królowała łacina.

Idąc wzorem "dobrego, wiarygodnego i rzetelnego  dziennikarstwa" i chcą przekazać najświeższe informacje postanowiliśmy nadać "Otres 2 News". Mają być to newsy z plaży, w ramach dzisiaj stworzonej agencji informacyjnej. Może okazać sie, że bedą to newsy z D. Ale lepiej nadawać takie newsy, niż ich nie nadawać, skoro zapotrzebowanie jest, a reklamodawcy czekają żeby zainwestować w czas reklamowy. Właściciele Otres 2 News twierdza, że należy nadawać przynajmniej na takim poziomie jak nasi wzorcowi dziennikarze ze wszystkich stacji w PL, łącznie z Superstacją. No z wyjątkiem Trwam TV. Im nie dorównamy. Nawet nie próbujemy!





Teraz trzeba przestawić się na inną prędkość czytania, przynajmniej 180 słów na minutę. Wtedy newsy bedą zrozumiałe i nadzwyczaj logiczne. Można tez w czasie czytania intonowac dramatycznie, robićrzerwy, wdechy lub ewentualnie podnosić kartki, iPady lekko ku gorze niezwłocznie muskajac nimi świeżo umyty stół. Bo i wzdychać. Ci którzy chcą się wczuć w panów Kraśko, dawnego Lisa lub pana Kamila D, mogą czytać newsy opierając się lekko wyprostowaną ręką o prawą cześć stołu. Niezapominając o obniżeniu głosu. Zaczynamy!

Walka.
Tradycja w narodzie nie zanikła. O 6:45 było 8 zajętych leżaczków. Większość z nich zostało zakrytych Śnieżnobiałymi ręcznikami niekiedy zaplamionymi tanim kremem o faktorze 50. Nie wiadomo kto je położył, ale na pewno nie byli to niemieccy turyści. Tu ich nie ma, chyba że są mocno zakamuflowani. Lokalni twierdza, że są to wymuskani Francuzi i ewentualnie para Brytyjczyków. Francuzów tu w brud. Mogliby to być ewentualnie Rosjanie, ale ich tutaj nie ma. Są w hotelu obok, gdzie leżaczki są o 50% szersze. Ciekawe dlaczego? W ciagu dnia okazało się, że Ci co sobie zajęli leżaczki mocno na tym ucierpieli. Bo zajęli sobie je nie pod właściwą palmą. Wiarygodne źródła podały, że dwójka turystów, która przybyła z Polski okazała się sprytniejsza. Mimo tego, że zajęli leżaczki dopiero o 7:39 pozostały one cały czas w cieniu. Wykazali się ponadprzeciętnych IQ i dogłębną znajomością geografii. Te same źródła podały, że jeden z tych turystów brał udział w olimpiadzie geograficznej w 1987 roku, ale nie zaszedł zbyt daleko bo nie wiedział z której strony rośnie na drzewach mech.






Drogo jak w Boots'ie
Sprzedaż na plaży wzrosła dzisiaj gwałtownie w porównaniu do Wigilii. Analitycy plażowi oceniają, że przynajmniej o 26,56%. Główne przyczyny to: nadzwyczajna aktywność 2 braci, zwanych w tutejszych kręgach okularnikami, którzy, jak się można łatwo domyślić, sprzedają "oryginalne" okulary. Po telefonie do celników okazało się, że towar został przeszmuglowany 5 lat temu z Tajlandii a i nadal jest modny. Wczoraj cena okularów kształtowała się na poziomie ok 6$, a dzisiaj to już 8$. Koledzy którzy leżeli na leżaczkach koło nas stwierdzili, że zrobiło się drogo. No tak, są przecież w cenie lunchu z Boots'a zawierającego napój, starą kanapkę z majonezem i oczywiście chipsy z octem. Drogo. Drogo.
Zanotowano również gwałtowny przyrost obrotów sprzedawanych małych homarków. Homar ladies chodziły tutaj wcześniej przez cały czas i nikt się nimi zbytnio nie interesował. Do czasu. Dopiero jak para z Polski zaczęła zajadać się nimi, mlaszcząc niemiłosiernie, a także wytrzeszczajac oczy z powodu ostrości pieprzowo-limonkowego sosu, a i po godzinie okazało się, że starszy człowiek z tej pary nie dostał biegunki, reszta plażowiczów skusiła się na te i podobne dary kambodżańskiego morza. Źródła podsją, że toalety raczej nie były oblegane. Cena 10 homarków pozostaje niezmienna. Nadal 10$. Kraby są też po 10, ale tylko 3. Za to w foliowymi woreczku. Marża na tym samym poziomie 90%.




Emigranci z Czech.
Współbratankowie Kena ze Spadkobierców intensywnie działają w tutejszej branży rozrywkowej. Ich przedstawicielem jest Jiri, który uciekał wielokrotnie, przed różnymi osobami z Czeskiej Republiki, w przeciwieństwie do Kena, który uciekł z Czechosłowacji raz, tyle tylko, że w bagażniku starego trabanta przez ocean. Jiri osiadł na plaży. Ken, jak wiemy, w LA. Za 100$ miesięcznie pławi się Jiri w luksusie, pracując dla baru o nazwie White Beach. Właścicielką baru jest gruba Mamma. Mamma przygarnęła Jirzego po tym, jak deportowali go z Tajlandii. Z Tajlandii deportowali go bo nie chciał się ożenić z Tajką, która go zadenuncjowała i wpakowała do więzienia na miesiąc. Twierdzi, że były tam luksusy! Wrócił więc do Czech, gdzie spotkał się z rozwiedzioną żoną i dwójką córek, które go szybko pogoniły za antyunijne hasła i kazały spadać gdzie pieprz rośnie. Ponieważ najlepszy pieprz zwany kampot pepper rośnie akurat tutaj, okazało się że pierwszy i ostatni raz w swoim 44 letnim życiu posłuchał je wszystkie 3 literalnie. Zapłacił 24$ za wizę i tak tutaj sobie siedzi, niby pracuje, a w sumie popija wódeczkę na koszt klientów. Wyglada i mówi jak KAOWIEC. Jest mocno zaprzyjaźniony z policja turystyczną, której regularnie odpala dolę przez ostatnie 2 lata. Chciał zgodnie ze swoim zawodem budować tutaj kolej, ale nie ma na to czasu, bo ma dwie narzeczone w mieście, które na niego czekają. Bardzo. I z jakiegoś powodu zawsze są razem i zawsze są podobnie ubrane. Twierdzi że w tych strojach są urocze. Raz w tygodniu bierze zaliczkę 30$ od grubej Mamma i jedzie zabawić się z dziewczętami. Dziennikarzy zastanowiło min. to, że mimo tego, że jak twierdzi, ma tylko 2 dni wolne w miesiącu, jeździ do nich raz w tygodniu, bo czekają. A pracuje Jiri dniami i nocami. Jako KAOWIEC, oczywiście.




m.SPA
Hitem tego lata są chodzące, biegające i oputane wszelkim odzieniem mobilne SPA. Teraz wszystko jest przecież mobilne. Nazwijmy je dla uproszczenia m.SPA, żeby było nowocześnie. Panie z koszyczkami biegają między leżaczkami i tną. Tną każdemu wszystko i co się da. Jeśli ktoś się opiera przez kilka dni nie ma absolutnie szansy uniknąć bezpośredniego kontaktu z m.SPA. W tym czasie to coś, co się da uciąć i tak mu urośnie. Panie m.SPA dokładnie wiedzą kto i kiedy przyjechał. I ile potencjalnie mogło mu urosnąć od przyjazdu. Kiedy turysta odmawia inwestycji w rozbudowane usługi zadają lekko niewygodne pytanie: why? m.SPA często stosują technikę dodatkowego poniżenia klienta, który będąc już i tak poniżonym przy wszystkich leżących na leżaczkach, próbuje uniknąć wyższego poziomu poniżenia, czyli upokorzenia. Najbardziej upokorzeni są ci, którzy niezbyt szybko reagują na wypowiadaną płynną angielszczyzną z brytyjskim akcentem, dość dokładną ocenę dotyczącą krzaczastości brew, ilości włosów w pachwinach lub grubości zrogowacenia na piętach. Najczęściej decyzje o kupieniu usługi podejmowane są po komentarzu typu: takich długich paznokci to tu nikt już nie ma na plaży, mister. Słowo mister stosowane jest naprzemiennie do mężczyzn i kobiet, co świadczy o otwartości tutejszego społeczeństwa na to i tamto. Ceny pedicure kształtują się na poziomie 5$ i lekko idą w górę przy zaniedbanych piętach. Jak w przypadku naszych dziennikarzy agencyjnych.



Comming out na plaży.
W Otres 2 dzisiaj doszło do dramatycznych i wzruszajacych scen z udziałem ludności lokalnej i Brytyjczyków. Jak wiadomo z Krakowa, ci to zawsze tworzą problemy. Tutaj jest podobnie, mimo że jak wynika z obserwacji, nie jest to Kraków. Brytyjczycy są przecież dla większości nacji trudnymi zawodnikami. Po 1 godzinie i 16 minutach negocjacji w sprawie okularów fioletowych z "polaroidami" sprzedawca, z treści rozmowy wynikało, że przyszły oftalmolog zadał pytanie jednemu z nich: a dlaczego nie kupisz tej drugiej pięknej pary złotych okularów dla swoje dziewczyny? Kolega z Brytanii odpowiedział, że jej nie ma. To znaczy dziewczyny, oczywiście. Drugi siedzący obok aż się zaczerwienił. Padło kolejne dramatyczne pytanie, jak się oczywiście dopiero poźniej okazało. To ty nie masz dziewczyny? Zapytał z niedowierzaniem oftalmolog to-be.
Ludzie na plaży zamarli w bezruchu, wiatr przestał wiać, morze przestało falować. Wszyscy wstrzymali oddech. Tylko, kurna, słońce przypiekało tak, że na niektórych, tych co też zamarli w bezruchu na plaży, a mają wysokie czoło, można by usmażyć jajecznicę. Już prawie padła długo oczekiwana odpowiedź. Ponownie wszystko zastygło. Tym razem już na dłuższą chwilę. Wszyscy mieli nadzieję, że tylko na krótką chwilę, bo to ostatecznie Kopernik coś tam wstrzymał na dłuższą chwilę i nie da się tak w bezruchu za długo, bo i tak coś tam się innego rusza, niż oryginalnie miało. Było to tym bardziej ważne, żeby coś się mimo tego bezruchu ruszyło ze względu na to, że potencjalna jajecznica byłaby już mocno ścięta, a może nawet już nie wegetariańską z powodu odpadajacego mięsa oryginalnie przytwierdzonego do czaszki łysego dziennikarza naszej agencji.
Ja mam chłopaka, nie mam dziewczyny! Oświadczył dumnie, podobnie jak inni w bezruchu, a już prawie usmażony na słońcu Brytyjczyk. Cała plaża zawrzała! Bezruch zamienił się w ruch! Ludzie podbiegali do pary Brytyjczyków i oferowali wsparcie. Były łzy w oczach wielu. Niekórzy odważyli się nawet do nich przytulić. Inni wykorzystali moment, żeby przytulić się do siebie. W tej grupie byli dziennikarze z naszej agencji. Czuć było także, że wcześniej nie do zniesienia napięcie opadło.  Nie wiadomo skąd się wzięły na tej plaży i zaczęły wszędzie powiewać flagi w kolorach charakterystycznej tęczy. Ludzie zaczęli wykupywać różowe okulary. I drinki. Słychać było: liberte, fraternite i nawet egalite wykrzyczane przez tych co to tu kolonizowali kambodzańczyków przez lata. Nie wiadomo tylko dlaczego chłopcy, którzy sprzedawali okulary nagle zniknęli. Zapadli się pod ziemię? Wiarygodne źrodła podały, że chłopcy otrzymali informację o tym, że z wizytą do Silhanoukville przybyli posłowie PiS. Mimo atmosfery fiesty, zrobiło się przez chwilę groźnie. Szybko powstała grupa wsparcia Brytyjczyków, która postanowiła ich ukryć w okolicznych zaroślach. Nasi dziennikarze okazali wsparcie i obiecali, że jak PiS się pojawi to pokażą liczne tu rosnące drzewa. To ich zawsze interesuje.





Spekulacje na temat wigilijnego menu. 
Od 3 dni trwają dyskusje wśród mieszkańców hotelu, w których biorą także udział pracownicy restauracji. Z lekkim trudem, ze względu na rożne stosowane przez rozmówców akcenty. Ponad 72 godzin po zakończeniu uroczystej kolacji, goście nadal nie wiedzą co jedli. Było wszystko wyjątkowo smaczne, co może potwierdzać pogłoskę, że Magda G wcale nie była u ukochanego chirurga plastycznego w Toronto, tylko przyjechała do nas dokonać "K" rewolucji. Uwiarygodnić to może fakt, że umieszczone na jej FB zdjęcie zrobione jest niby w scenerii ze śniegiem a mimo tego znana restauratorka, właścicielka licznych lokali, Magda G jest bez obuwia. Na zdjęciach nie ukrywa, że stopy miała bose, tak jak nasi dziennikarze, przed spotkaniem z m.SPA.
W Wigilię goście nie otrzymali wydrukowanego menu. Kelnerzy prezentowali je oralnie, co może wskazywać na "K" rewolucję. Nadzwyczaj oryginalnie! Na przystawkę do wyboru było: "fojegrrrrrałyzsrinkro" i ewentualnie "sdemblings". Dziennikarze zdecydowali sie również na wybór "fiż plejta łyż bejked poteeetejs". Na deser przygotowano niezykłą niespodziankę w postaci "scrambled mangos". Czegoś takiego dziennikarze nigdy nie jedli. Warto było przejechać te kilkanaście tysięcy kilometrów, żeby właśnie tutaj, w tej części Azji, zjeść jajecznicę z mango.

Właściciele po 72 godzinach od wyjścia ostatniego gościa nadal świętują wysokie obroty. Ojciec właściciela najbardziej. Nadal nie wierzy, chodzi niepewnym krokiem, gada i śmieje się do siebie. I sobie coś tam pali pozostawiając za sobą charakterystyczny lekko słodki zapach. W głośnikach zamiast Adele rozbrzmiewa od 3 dni jamajskie reggage i Kamil B.





Breaking news. Pilne. 
Po raz pierwszy w historii Ssilhanoukville goście zarządali zaserwowania espresso machiato. Po 13 minutach tłumaczenia jaka jest różnica między ekspresso, espresso, esssssssprezo i cappuccino, korzystając z umiejętności porozumiewania się językiem migowym, flipchartem i piaskiem, a także zdolnością do tłumaczenia rzeczy początkowo niezrozumiałych nawet dla piszącego/mówiącego, dziennikarze otrzymali cudowne espresso machiato! Klasa! W nagrodę pracownicy otrzymali tytuł przodownika pracy i ich zdjęcia zawisną w każdym pokoju tego niewielkiego hotelu.



wtorek, 24 grudnia 2013

Prężni i nieprężni, czyli jak się przygotowujemy do Wigilii.

Niektórzy sobie mogą pomyśleć, że my tutaj na obczyźnie nie odczuwamy przygotowań do świąt. Nic bardziej mylnego. Oto kilka dowodów na to, że można się do świat przygotowywać w nieco inny sposób. Obserwując to co się dzieje wokoło.


Zapewne większość z was stoi właśnie przed dylematem dotyczącym strojów. No bo jak tutaj dobrze wyglądać w czasie wigilii. Ja 2 lata temu kupiłem sobie taki czarny garniturek, w którym wyglądam jak właściciel zakładu pogrzebowego lub też ewentualnie niemiecki konsultant. Niepotrzebne skreślić. Noszę go kilka razy do roku. Jakby moi klienci mnie w nim zobaczyli to by pewnie pomyśleli, że chce im tak pomóc, że wywalę prezesa i sam zasiądę na jego fotelu. Przynajmniej mam Dantego niezbędny garnitur. Tutaj niestety garniturku nie zabrałem, ale dylemat pozostał. Jak się ubrać? Mam kilka opcji. Zielone krótkie spodenki w kratkę, turkusowe krótkie slim fit, arena do kąpieli, nieco krótsze niż do kolan. Ostatnia opcja to speedo, nieco dłuższe za kolana. Rozważam do tego polo granatowe z przeceny z M&S. No, tę sprawę mam już prawie zalatwioną. Wiem, że będę elegancki. Tak jak na Wigilię. Jak żonka.

Przygotowania do świąt obejmują oczywiście sprawy kuchenne. Muszą być Wymyślne dania, ale z elementem tradycji. Dla mnie święta bez kalmarów mojej mamy, barszczu teściowej, sałatki warzywnej szwagra, rybki w galarecie siostry, ciasteczek dziewczyn i co tam wymyśli szwagierka, to nie święta. Od kilku tygodni nie tęsknię za moim ulubionym Gravalaxem, jak mi koleżanka (Szwedka zakochana w koledze z dawnego NRD, o przenikliwych umyśle i mówiącym po rosyjsku) uświadomiła, że w Szwecji co roku schodzi kilka osób ze względu na zatrucie świeżą rybą. Podobno powinno się go robić z mrożonego wcześniej łososia. Dzięki temu, że żonka nie zrobiła go w tym roku, mam szanse na dożycie do następnej wigilii. A ja się przez lata zastanawiałem, dlaczego Magdusia co roku każe mi kupić świeżego łososia...czasami nawet były o to lekkie spory. Może w jakimś kryminale JO Nesbo o tym piszą, a ja nie znoszę czytać takich kryminałów i nic na ten temat nie wiem...

Tutaj tez będziemy mieli podobne dania. Nieprzyjemni Francuzi, właściciele hotelu, którzy raczej z nikim się nie integrują, chyba że w momencie przejmowania karty kredytowej zaproponowali menu wigilijne. Special, jak napisali w zaproszeniu. Kalmary na pewno bedą. Bedą też podobno spring rolls z foie gras. Już się boję, bo ostatnie wyczyny tutejszego kucharza nie tylko nadają sie do programu Kuchenne Rewolucje, ale przede wszystkim chyba do Hell's Kitchen. Gordon chyba nagadalby kucharzowi (What the f... You are doing! This is f... Mad! F... Off)i zapytał się jak można tak spieprzyc podstawowe dania jak jajecznicę, czy też grillowany kalmar.  Tutaj jajecznicę podaje się na zimno, a pytanie o szczypiorek powoduje konsternację i wysłanie kitchen portiera do sąsiedniej wsi. Kalmary podaje się twarde, na sałacie i oblane strasznym sosem sojowym. Kucharz musi być bardzo oryginalny. Jak mi się uda go poznać to sobie zrobię z nim zdjęcie, lub poproszę o autograf, bo o taką niemotę to trudno w Kambodży. Tu wszyscy potrafią gotować!

Nasze przygotowania obejmowały także sprzątanie. Francuzeczka, co chyba jest żoną właściciela, dzisiaj nieśmiało zaglądała do nas do pokoju. Z akcentem podobnym do tego ze skeczu: I want to have a hamburger, obiecała chyba wymianę pościeli i dodatkowo w świątecznym bonusie jeden ręcznik. Czysty. No to się wysiliła. Z drugiej strony to taki prezent od managementu;) dzisiaj widać, że jest lepiej zamieciona plaża. Może trzeba być jednak wdzięczny maź to. Tak świątecznie.

Normalnie przygotowania obejmują wysyłanie kartek świątecznych. My zupełnie nieświadomie, jeszcze w Sajgonie, poszliśmy sobie na pocztę i wysłaliśmy kartki. I nie uwierzycie, że doszły po niecałym tygodniu do Polski. Cud poczty polskiej, która się reformuje, albo poczty wietnamskiej, która będzie dopiero reformowana. Kartki wysłaliśmy też droga elektroniczną. Aż mnie wczoraj palce bolały od wpisywania adresów mailowych. Trochę mnie też przy tym wszystkim zabolało, że większość odbiorców ma nastawione auto reply. Wracają po 6 stycznia. Jest kolega rekordzista i wraca po 10. Czy coś sie zmieniło w korporacjach, i nie tylko, że pracownicy mogą mieć takie długie urlopy i nic się nie zawali? Może w takim razie powinienem wrócić do korporacji? Widzę luz w dyscyplinie.

Mamy tez wykupiony abonament skype, który jest absolutnym dobrodziejstwem. 10 pln plus VAT - za połączenie komórka (moje ulubione Tmobile) przy 0,09 euro centa za skype... Niezła przebitka. 25 razy. Technicznie jestesmy wiec przygotowani do nadawania i odbierania na żywo wrażeń z Wigilii tu tam. Mam nadzieje, ze nie doprowadzimy do sytuacji jak w Szczęśliwego Nowego Jorku, tylko wszystko będzie Live. Albo prawie bo u nas +6h;)

Na Wigilię trzeba przygotować zawsze cześć muzyczno-artystyczną.  To ważna cześć przygotowań.Za to w tym roku odpowiada Magdusia. Właśnie oznajmiła mi, że w tym roku będzie wyjątkowo miło, ponieważ znalazła linka na YouTube z miksem miłych kolęd anglojęzycznych. Takie czasy. Miałem nadzieje, ze wydrukuje kilka kolęd i w czasie wigilii w restauracji wpadniemy na scenę i zaintonujemy moją ulubioną niemiecka kolendę Tannenbaum o takim drzewko świątecznym. Chyba, bo tylko Jarek i Basia byliby mi ją przetłumaczyć. A może coś z kaset moglibyśmy przy okazji odtworzyć?
 
Niewiele osób przyzna sie do tego, że w czasie Wigilii wszyscy zastanawiają się, czy u Kowalskich (skorki Andy) to wigilia wyglada tak samo i, czy wszyscy dają radę zjeść wszystkie (12) przygotowane potrawy. W tym roku się nad tym nie zastanawiam. Chociaż przyznamy ze przez wiele lat tak było.Po prostu wiem, że tak jest. Ja natomiast zastanawiam się nad czymś innym. Jak nasi współhotelowcy (ładne słowo, co nie?) przygotowują się do Wigili. Otóż głownie przygotowują się na plaży. Cały dzień. I to są przygotowania wielopłaszczyznowe. Czasami grupowe, czasami indywidualne. Mamy tutaj kilka grup współhotelowców. 

Jest grupa sportowa. Oni od rana się jogowali. Magdusia stwierdziła, ze jeden pan to chyba sie za bardzo jogował i mógł sobie nawet coś zrobić. Nie widzieliśmy go od kilku godzin, wiec pewnie w bólach leży gdzieś w pokoju. A może nawet nie był w stanie do niego dojść i chlipie gdzieś pod palmą. Ludzie tez szykują formę w inny sposób i zbijają przyszłe kalorie.
Jest np. grupa pływaków. Takich co to pływają. Albo im się wydaje. Problem w tym, że w odległości 100 metrów od brzegu nadal jest płytka woda, a oni pływają jak Michael Phoelbs. Jakieś takie gwałtowne wymagachy, szybkie nabieranie powietrza i dziwne odgłosy. Kilka osób tez nurkowało mocno naprężając swoje mięśnie. Czy oni myślą ze ja jestem durny i nie wiem, ze tam jest płytko? Sam wcześniej w tym samy miejscu dzisiaj zrzucałem kalorie. Tez sie przeżyłem wzbudzając pewnie zainteresowanie, albo może zachwyt młodszej części płazy, która lubi panów przed pięćdziesiątka o figurze zbliżonej do typowego bogatego Rosjanina z Krymu.

Jest tez grupa mięczaków. Mięczaków, czyli ludzi, którzy lubią leżeć na miękko. Miękko, czyli na materacach i kontemplują. Kontemplują o tym i o tamtym czasami wydając z siebie odgłosy zbliżone do chrapania. Tych doskonale rozumiem, bo ja mam zawsze tyle myśli, ze gdybym w roku nie miał szansy sobie tak pokontemplować przynajmniej przez tydzień to miałbym problemy z wystawianiem faktur. Bo jak człowiek tak sobie pokontempluje to wtedy coś tam jednocześnie wymyśli. A jak wymyśli to inni miga z tego skorzystać.
Jest tez grupa prężnych. Specjalnie nie piszę prężących. Ci to się prężą. Tak po prostu. W naszym hotelu jest trochę prężnych i oni dobijają tych nieprężnych. Nieprężni mają problemy z przełożeniem się na drugi boczek, podczas gdy prężni ich nie mają. Prężni w przeciwieństwie do nieprężmych chodzą w obcisłych spodenkach. Że im tak jest wygodnie? Ja mam luźne. Wyglada na to, że sam należę do grupy mieszanej nieprężny kontemplujący sportowiec mięczak.

Mamy tez grupę rasowych kobiet. Kobiety mamy z rożnych krajów. Rożnych ras. Mamy koleżanki z Wenezueli, które w przeciwieństwie do swoich koleżanek nie poddały sie popularnym tam operacjom plastycznym. A szkoda. Mamy koleżanki z UK. Te o dziwo jakieś takie urodziwe. Mamy też Chinki, które nie mówią w innym języku niż chiński natomiast są bogate. To widać po torebeczkach. Mamy oczywiście Francuzki, które jedzą na śniadanie un bagietkę z dżemem popijając kawkę. Nie mamy niestety Rosjanek. U nas ich nie widać. Ale za to je widać w hotelu odległym od naszego o kilkaset metrów. Są to kobiety spore.
Ostatnią grupą są masowani. Ci to są najbardziej upredliwi. Nie dość, ze wymagający, to chcieliby wszystko za darmo. Masaż kosztuje 7$ a oni nadal twierdza, ze to drogo. Zazwyczaj płaca banknotami 100$. Wyją, skowycza, wzdychają, wiercą się. Czasami także każą sobie masować coś dodatkowego w tej samej cenie. Większość malowanych leży sobie na drewnianych łożeczkach z półonbażonymi pośladkami. Mamy więc tutaj pełen ich przegląd. Przynajmniej w jednej kwestii nie muszę mieć kompleksów. Cześć z malowanych tak sie zatraca w negocjacjach, że poźniej na tym tracą. Cześć jest dumna z zaoszczedzonegon1$, którego w tej samej chwili wydają na jakiegoś sznureczka. Myślą, ze przechytrzyli panie masazystki...a to nieprawda. Sprzedające sznureczki to siostry masazystek. W dodatku to  One sobie wybierają tylko najpiękniejsze obiekty (ofiary) do masowania. 

Od 3 godzin czekamy na nasza kolejkę. Wyglada na to, że my chyba jutro. Ciekawe dlaczego?

Wesołych przygotowań do Wigilii. U nas już za 2h. Nadal nie zdecydowałem o spodenkach.

sobota, 21 grudnia 2013

Idę w dyplomację!



Wietnam opuszczaliśmy rankiem. Magda obiecała mi podróż w luksusowych warunkach speed boatem z Chau Doc do Phnom Penh w Kambodży. Łódź miała być duża i z toaletą. Jeśli chodzi o obietnice to jedna został spełniona. Byłab toaleta. Speed boat okazał się być przeznaczony do transportu 35 osób. I chyba tyle nas było. Głównie ludzi z europy wschodniej, czyli Czech, Rosji, Polski i z NRD. Poznałem po oryginalnej fryzurze. Lekko dłuższa z tylu! Po około 1h rejsu wypełzliśmy na ląd. Najpierw wietnamski (sztuczny, bo pływający), a pózniej kambodżański (stały). W obu przypadkach z lekko zachwianymi błędnikami. Ja o mało co nie dostałbym wizy bo pozwoliłem sobie na lekką dokumentację miejsca i procesu jej uzyskania dla czytelników. Podeszło do mnie 2 strażników z giwerami i grzecznie acz stanowczo zażądali usunięcia zdjeć z aparatu. Stali i gapili się na moje fotki. Drżałem przez kilka minut, że mni nie dadzą wizy, ale pózniej pomyślałem sobie, że przecież 24$ nie chodzą piechotą i mogą mieć znaczący wpływ na wykonanie planu sprzedażowego lokalnego odzialu granicznego.
Kolejne 3h i jesteśmy już w Phom Penh (PP).




Żałowałem, że wpływając do portu w PP nie poprosiłem żonki o wykonanie kilku zdjeć. Niekoniecznie takich pocztówkowych z krajobrazami, ale tym razem moich. Nawet zgodziłbym się na portretowe bez retuszu. Uśmiechałem się od ucha do ucha. Znów jesteśmy w Kambodży. Siedem lat temu jak stad wyjeżdżaliśmy to obiecaliśmy sobie, ze wrócimy. Dotrzymaliśmy słowa.

Pewnie kilku osobom Kambodża kojarzy sie z czymś niezbyt przyjemnym. Z biedą, Pol Potem, wojną i ludobójstwem. To prawda. To jest ich historia. Mnie natomiast Kambodża kojarzy sie z Angkor i uśmiechnietymi mimo czasami tragicznych warunków życia ludźmi. Zobaczyć Neapol i umrzeć. Sorki, ale chyba byłoby szkoda! Zobaczyć Angor i umrzeć! To może być coś! Heheheheh




PP to nie jest najpiękniejsze miasto na świecie. Tutaj jednak widać jak zmienia się kraj i Azja. Już wpływając do portu rzuca się w oczy sporo inwestycji. Kapitał napływa albo tu już jest. Jakby ktoś miał wolne środki, to tylko czekają na takich. Przy wzroście rocznym GDP ponad 8% w czasie kryzysu nie jeden sie tutaj dorobił. Nie da się tego niezauważyć. Najlepiej po samochodach. Najbardziej popularnym jest Lexus. Jest ich chyba kilkanaście razy więcej od samych Toyot. 

Miasto wita water frontem. Muszę przyznać, że włodarze zastosowali genialny patent i chyba powiniene to zgłosić do urzędu miasta w Gdyni. Na długości kilkuset metrów water frontu umieszczone są maszty z flagami krajów, z którymi Kambodża ma podpisane stosunki dyplomatyczne. Ciekawe było obserwować reakcję rożnych narodowości na swoje własne flagi. Nasza powiewała dumnie niedaleko restauracji gdzie po raz kolejny zachwyciliśmy się lokalnymi owocami morza. Niebo w gębie. To dopiero pierwsze niebo w gębie;)





Trochę szwendaliśmy sie po mieście, ustaliliśmy jak dostaniemy się do Silhanoukville. Wybraliśmy opcje mini-vana.

Z tego jak zagospodarowaliśmy drug dzień nasi czytelnicy powinni być z nas bardzo dumni. Był zaplanowany w 100% i co do minuty. Wczesne wstawanie, szybkie śniadanie. O 08:00 czekał na nas Hero (prawdziwe imię). Właściciel tuk tuka. Mógłbym poświecić cały tekst jemu, bo zachowywał się prawie jak Robert Kubica. Z drobną różnicą. Jeździł na nieco innym sprzęcie. Hero, generalnie nikomu nie ustępował. Wymuszał, wyprzedzał na trzeciego, zajeżdżała, gwałtownie hamował, wykrzykiwali na rożne osoby i dodatkowo im się odgrażał. A z wyglądu to do nikogo niepodobny. I pewnie nikt nie uwierzyłby, ż jest mistrzem kierownicy. Wyglądał bardziej na księgowego. I jak Kubica mało mówił.

Pojechaliśmy na pola śmierci. Postanowiliśmy, że będzie to główny cel naszej podróży do PP. Reżim Pol Pota pozostawił po sobie ponad 300 takich miejsc w całej Kambodży. Trudno to porównać do Oświęcimia, ale jest w tym wiele elementów wspólnych. Szacuje się, że w ciągu nieco więcej niż 3 lat rządów Pol Polta zginęło nawet 3 miliony ludzi. 75% procent mieszkańców PP została wysłana na wieś przez Czerwonych Khmerów. Jedno z takich pół znajduje sie kilkanaście kilometrów od PP. Niewiele pozostawiono po oryginalnych obozach śmierci. Po tym jak Czerwoni  Khmerzy zostali pokonani przez wietnamczyków ludność okoliczna rozkradła wszystko co się dało. Teraz na jednym z takich miejsc zbudowano stupę, w której na kilku piętrach złożono kilkadziesiąt tysięcy czaszek pomordowanych, głownie dobrze wykształconych i zamożnych mieszkańców miast. Całość miejsca jest bardzo dobrze zorganizowana i właściwie umieściłbym ją na liście "must do". Przez pola śmierci oprowadza przewdnik audio. 18 stacji. Właściwie 18 miejsc. 18 historii ludobójstwa. Opisy są sugestywne i dość łatwo sobie wyobrazić co się w tych miejscach działo. Pozostaje pytanie: jak to mogło sie zdarzyć, że grupa świetnie wykształconych, we Francji, nauczycieli mogła doprowadzić do takich eksterminacji. Miejsce jest przygnębiające min. Gdy widzi się drzewo na którym mordowano dzieci, albo też informacje o tym, że w czasie deszczu nadal wypływają na powierzchnie zatopione szczątki ludzkie.






Po południu postanowiliśmy zobaczyc przedsmak Angkor. Angkor to kultura khmerska, czyli sztuka na najwyższym poziomie. To co niektórzy uważają za sztukę tajską powstało właśnie dzięki Khmerom. Wpadliśmy do muzeum narodowego. Generalnie musi być w takim miejscu coś na prawdę ciekawego, żeby mnie tam zaciągnąć. Tutaj całe muzeum wypełnione jest bezcennymi rzeźbami z okresu od IX do XIII, czyli największej świetności Angoru. Boże jakie rzeźby, jaka precyzja...wszystko na wyciagniecie ręki. Oboje z przyjemnością chodziliśmy nie tylko po wnętrzach, ale także po niewielkim patio.






Kambodża jest królestwem. Obecny król zasiada na tronie od 2004 i został wybrany... mimo tego, że jest ukochanym synem króla Silhanouka, który, co nie było przewidziane, abdykował na jego rzecz. Król na niezwykle wykształcenie. Głownie w swoim życiu zajmował sie tańcem (studiował w Pradze) i filmem, którego reżyserię studiował po koleżeńsku w Korei Północnej. Wpadliśmy do pałacu. Może nie na herbatkę, ale na kawkę (to już po). Pałac pełen złota i niesamowitych rzeźb Buddy. I tu olśnienie! Moje rzeźby są odwzorowaniem tych z XVI wieku! Największe wrażenie zrobił Pawilon  Srebrny z niezliczona ilością posągów buddy - niewielkich - bo ważnych ok. 2 kg w części ze srebra, a w części ze złota, które były wręczane mnichom i dostojnikom buddyjskim a także ważnym osobom w państwie.






Przy okazji wizyty w Pałacu wpadliśmy na dygnitarzy. Nagle zrobiło sie wokół nas czarno. Nie żeby słońce zaszło. Pojawiło się kilku panów z security i TEN jeden dygnitarz. Zachowałam się jak rasowy reporter ( ostatecznie naczytałem się Kapuścińskiego... Zawód Reporter), przygotowałem aparat. Pstryk, pstryk, pstryk. Cyk. Mam GO. Ale kim ON jest? Nie mam zielonego pojęcia. Wyglądał na ważnego, tym bardziej, że miał bardzo dobrze skrojony garnitur. Przeszło mni orzez głowę, że może to być ktoś z Birmy. Z wyglądu przypominał mi gościa z Mandalay. Tymczasem, TEN KTOŚ podchodzi do mnie właśnie i mi się przedstawia. Jestem przewodniczących izby wyższej parlamamentu Myanmar, nazywam się....., powiedział. Właściwie nie zamurowało mnie, ale miałem w sobie resztę pokładów wiedzy dyplomatycznej nabytej na uczelni gdańskiej i załączonej z wynikiem bardzo dobrym w 1988 roku. Nie podałem ręki. Nie tylko z prostego powodu, że security mogłoby mi ją odrąbać. Natomiast zagadalem do pana Przewodniczącego. A co tam. Uczę elevator speech i umiem sie sprzedać w 60 sekund. Może skradłem MU 40 sekund ale przynajmniej powiedziałem, o naszej podróży do Myanmar w tym roku i życzyłem powodzenia na drodze do demokratycznych reform. Nie dałem tylko adresu do bloga, ale znów obawiałem sie o swoją jeszcze nie odrąbaną rękę. Teraz to spotkanie chyba sobie wpiszę do CV, po hasłem największe osiągnięcia, gdyby Radek Sikorski potrzebował dynamicznego dyplomaty w Myanmarze. Mam doświadczenie i mogę się przydać.


Trzeci dzień w PP zapamiętamy przez absolutnie fantastyczne miejsce na luch. Nazywa się Common Tiger. Prowadzi go zwariowany poludniowoafrykańczyk Timothy. Takich miejsc się nie zapomina przez lata. Tu czuć pasję i miłość do odkrywania nowych smaków. Nasi Master Chef-owie, TOP Chef-owie, Magdy G i inne pociotki takich szczytów nie osiągną przez kolejne dziesięciolecia. Timothy wita sam każdego gościa. Opowiada szybko ale dokładnie o swoim menu. Skupiając się na tym jakie właśnie dzisiaj udało mu się kupić produkty na lokalnym rynku. Może 3 przystawki, 3 dania główne...2 desery. Menu skromne. Ale jak facet o nim opowiada! Błysk w oku świadczył o tym, że wkłada w to serce. Żałuje że go nie nagrałem. Jak opowiadał to nas kompletnie zahipnotyzował. Nie jestem w stanie powiedzieć co dokładnie jedliśmy i jak to zostało przygotowane, ale byliśmy oczarowani. Tuńczykiem, krewetkami później  delikatną kaczką, a na koniec domowej roboty lodami. Może i to była Novelle Cuisine, jak napisał ktoś na Trip Advisor, charakterystyczna dla lat 90... Ale cóż my dopiero uczymy się doceniać dobrą kuchnię. Niekoniecznie z TVN lub Polsatu. Kuchnia + jest znacznie ciekawsza;)



Bye bye Phnom Penh!