sobota, 21 grudnia 2013

Idę w dyplomację!



Wietnam opuszczaliśmy rankiem. Magda obiecała mi podróż w luksusowych warunkach speed boatem z Chau Doc do Phnom Penh w Kambodży. Łódź miała być duża i z toaletą. Jeśli chodzi o obietnice to jedna został spełniona. Byłab toaleta. Speed boat okazał się być przeznaczony do transportu 35 osób. I chyba tyle nas było. Głównie ludzi z europy wschodniej, czyli Czech, Rosji, Polski i z NRD. Poznałem po oryginalnej fryzurze. Lekko dłuższa z tylu! Po około 1h rejsu wypełzliśmy na ląd. Najpierw wietnamski (sztuczny, bo pływający), a pózniej kambodżański (stały). W obu przypadkach z lekko zachwianymi błędnikami. Ja o mało co nie dostałbym wizy bo pozwoliłem sobie na lekką dokumentację miejsca i procesu jej uzyskania dla czytelników. Podeszło do mnie 2 strażników z giwerami i grzecznie acz stanowczo zażądali usunięcia zdjeć z aparatu. Stali i gapili się na moje fotki. Drżałem przez kilka minut, że mni nie dadzą wizy, ale pózniej pomyślałem sobie, że przecież 24$ nie chodzą piechotą i mogą mieć znaczący wpływ na wykonanie planu sprzedażowego lokalnego odzialu granicznego.
Kolejne 3h i jesteśmy już w Phom Penh (PP).




Żałowałem, że wpływając do portu w PP nie poprosiłem żonki o wykonanie kilku zdjeć. Niekoniecznie takich pocztówkowych z krajobrazami, ale tym razem moich. Nawet zgodziłbym się na portretowe bez retuszu. Uśmiechałem się od ucha do ucha. Znów jesteśmy w Kambodży. Siedem lat temu jak stad wyjeżdżaliśmy to obiecaliśmy sobie, ze wrócimy. Dotrzymaliśmy słowa.

Pewnie kilku osobom Kambodża kojarzy sie z czymś niezbyt przyjemnym. Z biedą, Pol Potem, wojną i ludobójstwem. To prawda. To jest ich historia. Mnie natomiast Kambodża kojarzy sie z Angkor i uśmiechnietymi mimo czasami tragicznych warunków życia ludźmi. Zobaczyć Neapol i umrzeć. Sorki, ale chyba byłoby szkoda! Zobaczyć Angor i umrzeć! To może być coś! Heheheheh




PP to nie jest najpiękniejsze miasto na świecie. Tutaj jednak widać jak zmienia się kraj i Azja. Już wpływając do portu rzuca się w oczy sporo inwestycji. Kapitał napływa albo tu już jest. Jakby ktoś miał wolne środki, to tylko czekają na takich. Przy wzroście rocznym GDP ponad 8% w czasie kryzysu nie jeden sie tutaj dorobił. Nie da się tego niezauważyć. Najlepiej po samochodach. Najbardziej popularnym jest Lexus. Jest ich chyba kilkanaście razy więcej od samych Toyot. 

Miasto wita water frontem. Muszę przyznać, że włodarze zastosowali genialny patent i chyba powiniene to zgłosić do urzędu miasta w Gdyni. Na długości kilkuset metrów water frontu umieszczone są maszty z flagami krajów, z którymi Kambodża ma podpisane stosunki dyplomatyczne. Ciekawe było obserwować reakcję rożnych narodowości na swoje własne flagi. Nasza powiewała dumnie niedaleko restauracji gdzie po raz kolejny zachwyciliśmy się lokalnymi owocami morza. Niebo w gębie. To dopiero pierwsze niebo w gębie;)





Trochę szwendaliśmy sie po mieście, ustaliliśmy jak dostaniemy się do Silhanoukville. Wybraliśmy opcje mini-vana.

Z tego jak zagospodarowaliśmy drug dzień nasi czytelnicy powinni być z nas bardzo dumni. Był zaplanowany w 100% i co do minuty. Wczesne wstawanie, szybkie śniadanie. O 08:00 czekał na nas Hero (prawdziwe imię). Właściciel tuk tuka. Mógłbym poświecić cały tekst jemu, bo zachowywał się prawie jak Robert Kubica. Z drobną różnicą. Jeździł na nieco innym sprzęcie. Hero, generalnie nikomu nie ustępował. Wymuszał, wyprzedzał na trzeciego, zajeżdżała, gwałtownie hamował, wykrzykiwali na rożne osoby i dodatkowo im się odgrażał. A z wyglądu to do nikogo niepodobny. I pewnie nikt nie uwierzyłby, ż jest mistrzem kierownicy. Wyglądał bardziej na księgowego. I jak Kubica mało mówił.

Pojechaliśmy na pola śmierci. Postanowiliśmy, że będzie to główny cel naszej podróży do PP. Reżim Pol Pota pozostawił po sobie ponad 300 takich miejsc w całej Kambodży. Trudno to porównać do Oświęcimia, ale jest w tym wiele elementów wspólnych. Szacuje się, że w ciągu nieco więcej niż 3 lat rządów Pol Polta zginęło nawet 3 miliony ludzi. 75% procent mieszkańców PP została wysłana na wieś przez Czerwonych Khmerów. Jedno z takich pół znajduje sie kilkanaście kilometrów od PP. Niewiele pozostawiono po oryginalnych obozach śmierci. Po tym jak Czerwoni  Khmerzy zostali pokonani przez wietnamczyków ludność okoliczna rozkradła wszystko co się dało. Teraz na jednym z takich miejsc zbudowano stupę, w której na kilku piętrach złożono kilkadziesiąt tysięcy czaszek pomordowanych, głownie dobrze wykształconych i zamożnych mieszkańców miast. Całość miejsca jest bardzo dobrze zorganizowana i właściwie umieściłbym ją na liście "must do". Przez pola śmierci oprowadza przewdnik audio. 18 stacji. Właściwie 18 miejsc. 18 historii ludobójstwa. Opisy są sugestywne i dość łatwo sobie wyobrazić co się w tych miejscach działo. Pozostaje pytanie: jak to mogło sie zdarzyć, że grupa świetnie wykształconych, we Francji, nauczycieli mogła doprowadzić do takich eksterminacji. Miejsce jest przygnębiające min. Gdy widzi się drzewo na którym mordowano dzieci, albo też informacje o tym, że w czasie deszczu nadal wypływają na powierzchnie zatopione szczątki ludzkie.






Po południu postanowiliśmy zobaczyc przedsmak Angkor. Angkor to kultura khmerska, czyli sztuka na najwyższym poziomie. To co niektórzy uważają za sztukę tajską powstało właśnie dzięki Khmerom. Wpadliśmy do muzeum narodowego. Generalnie musi być w takim miejscu coś na prawdę ciekawego, żeby mnie tam zaciągnąć. Tutaj całe muzeum wypełnione jest bezcennymi rzeźbami z okresu od IX do XIII, czyli największej świetności Angoru. Boże jakie rzeźby, jaka precyzja...wszystko na wyciagniecie ręki. Oboje z przyjemnością chodziliśmy nie tylko po wnętrzach, ale także po niewielkim patio.






Kambodża jest królestwem. Obecny król zasiada na tronie od 2004 i został wybrany... mimo tego, że jest ukochanym synem króla Silhanouka, który, co nie było przewidziane, abdykował na jego rzecz. Król na niezwykle wykształcenie. Głownie w swoim życiu zajmował sie tańcem (studiował w Pradze) i filmem, którego reżyserię studiował po koleżeńsku w Korei Północnej. Wpadliśmy do pałacu. Może nie na herbatkę, ale na kawkę (to już po). Pałac pełen złota i niesamowitych rzeźb Buddy. I tu olśnienie! Moje rzeźby są odwzorowaniem tych z XVI wieku! Największe wrażenie zrobił Pawilon  Srebrny z niezliczona ilością posągów buddy - niewielkich - bo ważnych ok. 2 kg w części ze srebra, a w części ze złota, które były wręczane mnichom i dostojnikom buddyjskim a także ważnym osobom w państwie.






Przy okazji wizyty w Pałacu wpadliśmy na dygnitarzy. Nagle zrobiło sie wokół nas czarno. Nie żeby słońce zaszło. Pojawiło się kilku panów z security i TEN jeden dygnitarz. Zachowałam się jak rasowy reporter ( ostatecznie naczytałem się Kapuścińskiego... Zawód Reporter), przygotowałem aparat. Pstryk, pstryk, pstryk. Cyk. Mam GO. Ale kim ON jest? Nie mam zielonego pojęcia. Wyglądał na ważnego, tym bardziej, że miał bardzo dobrze skrojony garnitur. Przeszło mni orzez głowę, że może to być ktoś z Birmy. Z wyglądu przypominał mi gościa z Mandalay. Tymczasem, TEN KTOŚ podchodzi do mnie właśnie i mi się przedstawia. Jestem przewodniczących izby wyższej parlamamentu Myanmar, nazywam się....., powiedział. Właściwie nie zamurowało mnie, ale miałem w sobie resztę pokładów wiedzy dyplomatycznej nabytej na uczelni gdańskiej i załączonej z wynikiem bardzo dobrym w 1988 roku. Nie podałem ręki. Nie tylko z prostego powodu, że security mogłoby mi ją odrąbać. Natomiast zagadalem do pana Przewodniczącego. A co tam. Uczę elevator speech i umiem sie sprzedać w 60 sekund. Może skradłem MU 40 sekund ale przynajmniej powiedziałem, o naszej podróży do Myanmar w tym roku i życzyłem powodzenia na drodze do demokratycznych reform. Nie dałem tylko adresu do bloga, ale znów obawiałem sie o swoją jeszcze nie odrąbaną rękę. Teraz to spotkanie chyba sobie wpiszę do CV, po hasłem największe osiągnięcia, gdyby Radek Sikorski potrzebował dynamicznego dyplomaty w Myanmarze. Mam doświadczenie i mogę się przydać.


Trzeci dzień w PP zapamiętamy przez absolutnie fantastyczne miejsce na luch. Nazywa się Common Tiger. Prowadzi go zwariowany poludniowoafrykańczyk Timothy. Takich miejsc się nie zapomina przez lata. Tu czuć pasję i miłość do odkrywania nowych smaków. Nasi Master Chef-owie, TOP Chef-owie, Magdy G i inne pociotki takich szczytów nie osiągną przez kolejne dziesięciolecia. Timothy wita sam każdego gościa. Opowiada szybko ale dokładnie o swoim menu. Skupiając się na tym jakie właśnie dzisiaj udało mu się kupić produkty na lokalnym rynku. Może 3 przystawki, 3 dania główne...2 desery. Menu skromne. Ale jak facet o nim opowiada! Błysk w oku świadczył o tym, że wkłada w to serce. Żałuje że go nie nagrałem. Jak opowiadał to nas kompletnie zahipnotyzował. Nie jestem w stanie powiedzieć co dokładnie jedliśmy i jak to zostało przygotowane, ale byliśmy oczarowani. Tuńczykiem, krewetkami później  delikatną kaczką, a na koniec domowej roboty lodami. Może i to była Novelle Cuisine, jak napisał ktoś na Trip Advisor, charakterystyczna dla lat 90... Ale cóż my dopiero uczymy się doceniać dobrą kuchnię. Niekoniecznie z TVN lub Polsatu. Kuchnia + jest znacznie ciekawsza;)



Bye bye Phnom Penh!

czwartek, 19 grudnia 2013

T-shi(r)t. Mekong.

Jest kilka rzeczy które, jak to się mówi, "trzeba zaliczyć" odwiedzając Wietnam. Jak podróżuje się po Północy jest nim czarujące urokiem prawdziwych Indochin Hanoi, Ha Long Bay z tysiącem niewiadomo skąd wyrastających wysepek, czy też Sa Pa, góry na granicy z Chinami. Ale jak się ląduje na południu to typowa marszruta jest nieco inna. Tutaj każdy usiłuje zaliczyć dwie rzeczy. Sajgon, który zaskakuje już swoją nowoczesnością (!) czystością i dobrym zorganizowaniem, a także Mekong. Wcale nie tak liczne tabuny turystów wynajmują własny transport, czyli motorynki albo tak jak my małą firmę do przymierzenia trasy kilkudziesięciu kilometrów - tak aby poczuć atmosferę jednej z ważniejszych rzek w Azji, której delta składa się z 9 ujść, wszystkich na terenie Wietnamu.




Pamiętam Mekong z Luang Prabang wiele lat temu i tam zrobił na nas niesamowite wrażenie. może dlatego, ze widzieliśmy tylko cześć jego w okolicach najbardziej urokliwego miasta w Laosie. Tu na atmosferę naszej 2 dniowej eskapady składało się kilka elementów. Po pierwsze przewodnik. znów mieliśmy szczęście do dość oryginalnej osoby. Tham. Tham nie był sam. Tham zabrał na przejeżdżkę z nami swojego kolegę. Kolega miał się uczyć sztuki przewodzenia.... Chyba się jednak niczego nie nauczył, bo w kluczowych momentach wycieczki gdzieś znikał. Możemy mieć tylko podejrzenia gdzie, ale o nich głośno nie będziemy mówić. Od czasu do czasu pojawiał się w miejscach zbrojnych przywożony za każdym razem przez innego "kolegę". Koledzy nie wyglądali jakby pili wspólnie piwo.




Tham mówił bardzo dobrze po angielsku, chociaż składnie miał jeszcze bardziej skomplikowaną od mojej. Nie dość ze stosował długie zdania to w dodatku namiętnie próbował wytłumaczyć nie tylko historię Wietnamu ale także historie pisowni rożnych słów i różnice w dialektach. Tylko po co? Drugiego dnia zorientowałem się, że tym sposobem chciał podkreślić swoje ponadpodstawowe wykształcenie. High School w Sajgonie przewijała się kilkadziesiąt razy w ciagu tych dni. Ja co jakiś czas wyłączyłem się z intensywnych dyskusji na temat różnic semantycznych i w wymowie konkretnego słowa, podczas gdy Magdusia dzielnie partnerowała w rozmowie. Mimo tego, Tham upodobał sobie mnie, więc od czasu do czasu, tak to jest w kulturze wschodu, pacał mnie, szturchał, obejmował i tykał. Wyznaczał kto komu co nosi i kto kogo wozi na której motorynce. Zgadnijcie kto miał jechać z Tham na motorynce?






Władowaliśmy się na niewielką łódź. Piszę, ze była niewielka ale w sumie mogła pomieścić 12 osób. Plan był taki aby popływać po rzece i coś tam pooglądać. Miałem nadzieję, że rzeka będzie bardziej malownicza. Tak nie do końca było. Mocno zamulone wody odtraszały przed kąpielą. Na brzegach było niewiele zieleni. Życie także jakby toczyło się obok wody a nie na wodzie. Inaczej zapamiętałem Mekong z Laosu. Tam jakby rzeka wyznaczyła rytm wiosek. Dzieci kąpali się właściwie co kilkadziesiąt metrów. Kobiety prały ubrania. Mężczyźni łowili ryby. Tutaj tego nie było. Domy były otwarte w stronę lądu. Od strony wody widać było tylko lekko uchylone przepierzenia od kuchni. Tak jakby nikogo nie cieszyła woda lub nie mieli przyjemności odpoczywać w chłodzie, który daje woda i wiatr. W Wietnamie widać było, że Mekong to jest tylko droga transportowa. Co kilkadziesiąt sekund z ogromnym hukiem przemieszczały się po wodzie dość spore barki, lub też lodzie motorowe, które od czasu do czasu podnosiły swoje śruby silnika aby pozbyć się blokujacych je toreb plastikowych. Rzeka może nie była mocno zaśmiecona, ale jej intensywnie brunatny kolor działał na nas mocno depresyjne. Tylko niewielkie kanały przypominały, że woda to życie. Tutaj w niewielkich wioskach tętnił gwar. Tylko przy nich ludzie się usmiechali i przyjaźnie nas pozdrawiali.






Wpadliśmy do kilku wiosek. Jesteśmy przyzwyczajeni do takiego rytuału. Muszę powiedzieć, ze tym razem widzieliśmy nieco inne lokalne rzemiosło. Slow food, jak ja to mowię, w czystej postaci. Była pani, która robiła papier ryżowy wykorzystywany do przygotowywania naszych ulubionych fresh spring rolls z mnóstwem zieleniny. Była ekipa rabiąca prawdziwe krówki ale z mleka kokosowego. Był team,który zrobił na mnie największe wrażenie. Panowie prażyli ryż, w miałkim piasku na ogromnym woku. Odsiany ryż oblewali mlekiem kokosowym, układałi w formie i w ciagu kilkudziesięciu sekund kroili na niewielkie bloki. Smakowało przednie. No może niektórych drobinek piasku nie udało się dokładnie przesiać, ale doceniamy slow food. W ogóle czułem się w tej wsi doskonale, bo wydawało mi się jakby bym w manufakturze słodyczy. Suszone na słońcu banany, popruszone konserwujacym cukrem trzcionym długie i cieniutkie wióry (!) kokosowe, ostry w smaku kandyzowny imbir, cudownie słodkie orzechy ziemne oblane syropem palmowym. Do tego jeszcze ciasteczka ryżowe w każdej postaci. Niebo w gębie. Z czekolady zrezygnowałem, ale z takich naturalnych słodyczy nie dałem rady. Z reszta w całej dwudniowej podróży raczylismy się niesamowita ilością owoców. Nie wiem ile kilogramów malutkich bananów (takich 7cm) zjedliśmy, jak odkryłem nowy owoc Jack Fruit. Chlebowiec. Pasuje nam bardzo. Wyglada nieco jak ogromny kilkukilogramowy zielony bochenek chleba z przerażającymi wypustkami. Niezachecajaco. Ale w środku ma niewielkie aksamitne sekcje. Delikatne błyszczące, o smaku lekko słodkim i kwaśnym. Cuuudo;)




Wieczorem dotarliśmy do "kwaterek". Mieliśmy integrować się z ludnością mieszkająca nad rzeka. Ostrzegano nas ze warunki bedą skromne, nie będzie wody ... i taki podstawowy standard. Było absolutnie fantastycznie. Wszystko dla turystów. Dwa bungalowy zbudowane z bambusa, wewnątrz powstały niewielkie czyste pokoiki z dużymi twardymi łożami otulonymi szczelnymi moskitierami.
Wieczorem zjedliśmy kolacje z innymi turystami, ale oprócz wspólnego szybkiego pichceni spring rolls-ów jakoś nie mieliśmy szansy się zintegrować. Może następnym razem.








Drugiego dnia znów plywalismy po Mekongu. Tym razem przygotowano nas na oglądanie pływających targów. Pamiętając to co kiedyś widzieliśmy nastawialismy się na coś bardziej turystycznego i kolorowego. Tym czasem popłynęliśmy zobaczyć jak wyglada handel hurtowy. Dziesiątki barek przypływalo na 3-4 dni w jedno miejsce, gdzie handlowano tym co wietnamska ziemia dała. Kupcy mogli zorientować się czym handluje się na barce po tym co zostało zawieszone na długich kijach zamocowanych na rufach. Wyglądało to dość surrealistycznego, szczególnie jak wisiały ananasy lub fragmenty arbuzów.



Zanim dojechaliśmy do Chau Doc na granicy z Kambodża skąd następnego dnia mieliśmy wyruszyć do Phom Penh wpadliśmy do ogrodu jak z filmu Ptaki Hitchock'a. Do jednego miejsca, podobno nie wiadomo dlaczego, codziennie przylatuje tysiące białych bocianów. Jest ich absolutna chmara! Aż strach się bać;) O dziwo, 100 metrów dalej można zauważyć tysiące barwnych bocianów. Nie wchodząc w szczegóły mogę powiedzieć ze miejsce zapamiętam dość długo. Ja to mam szczęście .... No i nowego T-shi(R)ta. Shit.

środa, 18 grudnia 2013

Ale Sajgon


Mogę powiedzić, że Sajgon mamy częściowo zaliczony. Tak tylko mogę powiedzić bo przecież nikt nie sprawdzi co my tam dokładnie oglądaliśmy. Nawet boje się napisać o kilku rzeczach żeby czytelnicy nie pomyśleli sobie, że niczego nie widzieliśmy. Właściwie to wszystko widzieliśmy.. Tylko może mniej dokładniej niż nie jeden z naszych ulubionych czytelników lub czytelniczek może by oczekiwał. Bo co tutaj oglądać? Pałac prezydencki. Widzieliśmy, przeszliśmy nawet przez park. Muzeum wojny, albo zwycięstwa. Widzieliśmy nawet jakieś armaty, samoloty etc... Nawet jakiś strażnik tajemniczo puścił swoje skośne oko do Magdy zawadiacko zapraszając żeby przejść przez ulice i zobaczyć jako to kapitalistyczne południe zostało pokonane przez myślące tylko o narodzie wojsko północy.


Zaliczyliśmy też operę. Wszystko przez przypadek. Do opery wypadniemy za 2 tygodnie na przedstawienie, wiec tym razem stwierdziliśmy, ze chcemy zobaczyć coś innego. I tutaj muszę powiedzieć ze opadły nam szczęki na widok ulic w samym centrum Sajgonu. Na Le Loi były wszystkie główne marki światowe. Hotel Rex jak w Paryżu. Powiem szczerze że tutaj było (zrobiło się) mocno światowo. My musieliśmy też wyglądać chyba światowo bo z za jednej z szyb wyskoczyła do nas pani i głosem nieznoszącym sprzeciwu zaprosiła do sklepu. Nie był to bynajmniej stragan z owocami tylko same Burrberry. Prawdziwe i niepodrabialne. Pasowalismy idealnie. Nieco przypominaliśmy tych wszystkich Amerykanów latających po Polach Elizejskich. tego dnia naszym znakiem rozpoznawczym były krótkie spodenki, polo, przewieziony przez ramie aparat fotograficzny, klapki i bejsbolówka. 12 osób obsługi rzuciło się nas oferujac niezwykle okazje. A to szaliczek za 16 milionów dongow, a to torebeczka za 43 miliony... Dodatkowo szeptem teatralnym powtarzali wszyscy, że dzisiaj jest wyjątkowa okazja. 20% rabatu. Prawie się na to skusiłem. Ale zaraz, zaraz. Ile to tam tych zer było przy dongach? 6. Aaaa... Czyli szaliczek, który się M spodobał to niecałe 2400 pln, a torebeczka nieco ponad 6200 pln. Panowie ekspedienci nie zapomnieli wspomnieć, że na granicy dostanę nawet 5% zwrotu podatku. Chyba się jeszcze zastanowię i poczekam na 95% rabat. 100 metrów w prawo "podobne" oryginalne rzeczy można  było kupić już za 25pln. Różnice wyczaiłby pewnie tylko celnik z Rębiechowa.

Wieczorem cały skwer zamienił się w targowisko próżności. Domy towarowe przygotowały wystawy godne Galerii Lafaette w Paryżu. Niesamowite jest to jak tutaj na miejscu celebruje się święta. Najmniej jest niestety świętego Mikołaja, ale nie brakuje bałwanów, reniferów, śnieżynki. Wszystko się świeci, mieni, mruga. Do tego głośna muzyka i kolendy po wietnamski. Jest czadowo.


Zaliczyliśmy też inne atrakcje. Katedrę Notre Damme, jedyny chyba budynek z cegły w całym Sajgonie. I dodatkowo fantastycznie zachowaną pocztę główną, w której jedynymi klimatyzowanymi pomieszczeniami były rozmównice. W niektórych z nich zamiast telefonów są bankomaty, co wyglądało dość komicznie. Cały ten kwartał jest pełen knajpek w stylu francuskim, w których zalegliśmy kilka razy w ciagu dnia. Bo tak sobie pomyślcie ile można "zwiedzać". Człowiek tylko się przy tym męczy, a pózniej nie ma ochoty na nic. A jeszcze tyle przed nami. Nie można się od samego początku zbytnio forsować!!!

A propos ochoty. Miałem ochotę spełnić życzenie BB i udać się znów do fryzjera. Po zaliczeniu 6 knajpek, restauracji, kafejek itd., stwierdziliśmy, że oprócz codziennego masażu trzeba coś zrobić dla swojego image. Długo nie szukaliśmy odpowiedniego fryzjera. Chociaż muszę przyznać, że w porównaniu z Matsumoto w Japonii tutaj jest znacznie ich mniej. Nie wiem czy tomdlatego, że wszyscy się sami obcinają, czy może dlatego, ze byliśmy na niewłaściwej ulicy. Nie ma też takiego jak w Kraju kwitnącej wiśni oznakowania, czyli charakterystycznej wirujacej wstęgi. 
Image na urlopie traktujemy bardzo serio. Wybraliśmy więc zakład o nazwie Lou Lou. Ładnie, co nie;)

Zanim weszliśmy upewnilismy się ze stać nas na usługę. 13,5 pln mycie M włosów, 12 pln mycie moich resztek nudnej kiedyś czupryny. I tu się zaczęło. Mnie sprytnie posadzono na fotelu. Podeszły do mnie 3 osoby i zablokowały możliwość ucieczki z zakładu. Odgrodzily mnie jednocześnie od M, która porwano do drugiego pomieszczenia. Zostałem sam. Właściwie wydawało mi się ze zostałem sam. Nagle w lustrze pojawili się ONI. Panowie po pięćdziesiątce. Jeden w zielonych spodniach i żółtej polówce. Drugi w koszuli z krotkim rękawem wypuszczonej na zewnątrz mocno obcisłych chinosow. Każdy z nich po 40 kg nadwagi. Szeptali do siebie. Nawiązali bliski kontakt ze swoim fryzjerem. Chwalili Jego nie lada wyczyny. Veri najs. veri najs. Veri veri najs. Powtarzał pan, który miał na swoje głowie jeszcze mniej ode mnie, ale zachwycał się tym co mu pan fryzjer wyczarował na półłysej głowie.

Zanim pomyślałem kolejny usłyszałem veri najs, veri najs... Fryzjer od panów dołączył do konsultacji nad moja głową. Okazało się, że fryzjer numer jeden to właściciel i wizażysta, fryzjer numer 2 to główny specjalista od głów na których niewiele zostało, fryzjer numer 3 to wytatuowany specjalista od strzyżenia, któremu coś się chciało mi przyciąć. Do tego doszła kobieta z miotłą i miotełką. Kobieta z miotłą miała bardzo ważne zadanie. Najpierw nałożyła mi na szyję ręcznik, potem fartuch, który przyktyla cienkim ręcznikiem, na który zarzuciła gumowy kołnierz. Różowy. Kobieta zamiatała. Ale zamiatała 2 rzeczy jednocześnie. Podłogę zmiatała wielokrotnie. Cokolwiek zostało wystrzyżone przez wytatuowanego fryzjera z zestawem "małego fryzjera" wyglądającym jak niezbędnik budowlańca zostawało błyskawicznie podmiecione pod szafeczkę. Perski z tego robili, czy co? Zmiatając podłogę jednoczenia omiatała różowy kołnierzyk na który delikatnie opadaly moje siwe pióra.



Po zakończeniu mojego strzyżenia, powiedziałem fryzjerowi numer 3, że mnie fajnie ostrzygł. Kontemplowalem i zastanawiałem się kto będzie mnie strzygł następnym razem. Czy fryzjer numer 3 czy pani Małgosia. Jak sam sobie siedziałem po ostatecznym fryzie i tak kontemplowalem...przed lustrem nagle jak spod ziemi za mną pojawił się pan w zielonych spodenkach i obcislej żółtej koszulce z napisem Brasil i szepnął mi do ucha po polsku: " ... ale pięknie pana ostrzygł". Zamurowało mnie. Zawinał się na pięcie. I znikną w drugim pomieszczeniu...z M, ktorej tam masowano i myto włosy. M też miała przygodę, bo 4 osoby jednocześnie suszyły jej włosy podśpiewujac sobie stara wietnamska kolendę. Stille Nacht , albo jakoś tak;)

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Piątek 13,

Piątek 13 jest jednak pechowy. Nie wiem jak myśmy to wszystko zaplanowali kilka dobrych miesięcy temu żeby rozpoczynać podróż zaraz po 13. Podejrzewam że był to jakiś słoneczny lipcowy dzień kiedy człowiek zapomina się i nie przyjmuje do wiadomości że coś może pójść nie tak kilka miesięcy pózniej. Co miał się zebźdić to się zebźeziło. Magda chora, mama chora, kot prawie bezdomny w ostatniej chwili przytulony, ja lądujący w mgle ostatnim samolotem, który wylądował...u nas.

O 23:47 pomyślałem sobie, że czekam na 00:00 żeby przywitać z radością 14. No i nie doczekałem. O 23:57 przyszedł SMS z LOT. "Uprzejmie informujemy ze samolot lo3828 został w dniu dzisiejszym odwołany. Prosimy o kontakt centrum rezerwacji w celu zmiany lotu." No nie nie doczekałem w spokoju 14... Pani w centrum nawet się ucieszyła, ze zrezygnowaliśmy z lotu. Tutaj była taka mgła, ze sąsiadów nie było widać... wiec nie można ryzykować. Szybka decyzja żeby jechać samochodem do Warszawy. Dobrze ze nie było to tydzień temu w czasie kataklizmu narodowego, bo byśmy nie dojechali. Wpadliśmy na lotnisko w WAW się pokojnie zawiedliśmy w samolocie oczekując znanym nam wcześniej luksusów. Chyba nawet na ten temat napisałem tekst przy okazji poprzedniego bloga. Oj jaki ja byłem głupi i naiwny.... Taki trochę wschodnioeuropejski zachwycający się prostym marketingiem zastosowanych przez wchodzące na rynek znane linie lotnicze z Dubaju. Oprócz wytapetowanych stewardes i ładnych zawieszek na bagaż nic nie zostało z poprzedniego serwisu. Samolot pewnie miał 30 lat. Przegłodzili nas ostro a kilka Brytyjek z serwisu pokładowego głownie było zainteresowanych poprawieniem swojej urody...wiec latały wiekorotnie do toalety zajmując ją zdesperowanym pasażerom. A propos pasażerów to oczywiście był kilka oryginalnych postaci, ale muszę przyznać że mniej oryginalnych niż jeden ze stewardow, który miał postawione włosy jak Marc Almond...szukacie na YouTube... Pan też latał często do toalety w celu podreperowania swojego nieskazitelnego wyglądu.

Przespaliśmy się w Dubaju. To był świetny pomysł. Oczywiście niczego nie widzieliśmy bo mieliśmy tylko 9h ale przynajmniej odczulismy zapachy orientu. Głownie odczulismy je o 24:00 w tzw. Restauracji hotelowej która okazała się być fastfoodem otwartym dla klientów transferowanych między Dubajem i innymi destynacjami. Jak to się mówi: "darowanemu ... w zęby się nie zagłada" wiec nie będziemy narzekać na dar od Emira. Mógłby jednak zadbać o kilka szczegółów. No bo jak to jest, że udało się zapakować kilkadziesiąt osób do autobusu na kilkanaście? Właściwie co ja się dziwię...tutaj zastosowano metody "lean" czyli ograniczono do minimum marnotrawstwo. Zapakowane nas jak sardynki ... wykorzystując także miejsca "między" w przejściu. Dodatkowo Emir mógłby zadbać nieco o zużycie CO2. Podejrzewam jednak, ze może go to nieco mnie interesować ze względu na produkcję ropy. Autobus był jednocześnie klimatyzowany i ogrzewany. Klimatyzowany dla górnych części ciała a ogrzewany dla dolnych kończyn. Nawet żonka się nieco buntowała ale kierowca udawał ze nie słyszy.

Samolot do Sajgonu był pełny. Mógłbym napisać, że nudy nudy i nudy. Niby nudy a coś się cały czas działo. Głównie za sprawą D-E-R-E-K-T-O-R-A. Specjalnie napisałem derektora, bo był strasznie angażujący. A to przy check-in, a to przy boardingu. A to wszystko za sprawa swoje wietnamskiej malutkiej żony, jeszcze mniejszej wietnamskiej teściowej, dwójki małych dzieci i 6 tobołków, które przemycił na pokład samolotu. Zanim myśmy się doczłapali do naszego miejsca 30h i 30j DEREKTOR był już przy naszym miejscu i władował wszystkie swoje 6 tobołków do naszego schowka. Był z siebie dumny. Parszywiec. W odwecie władowałem nasz dwa skromne prawie puste plecaczki nad teściową. Po wylądowaniu zanim zatrzymał się samolot DEREKTOR przyleciał do schowka nad nami. No myślał, że uda mu się wyładować bagaż przed wszystkimi. I tu się mocno zdziwił. W ostatniej sekundzie jak miał już chwycić swoim łapskiem derektorskim swoje 6 tobołków, przepchnąć teściową do przodu, pociągnąć swoją dwójkę dzieci stanąłem mu na drodze. Raz w życiu moje ciało do czego się przydało. Lekko unioslem się i szybkim ruchem jak zawodnik sumo zastapilem mu drogę. Nie dał rady. Był za wątły. Moje spojrzenie człowieka z Europy wschodniej zabiło Francuzeczka. Musiał uznać moja wyższość.

Jesteśmy w Sajgonie. Pierwszy wieczór to oczywiście rozpoznanie terenu. Cudowna super ostra zupa z niesamowita ilością chilli ale tez rożnego rodzaju sałat. Feria smaków i zapachów. Jesteśmy w Wietmamie. Tutaj ludzie są uśmiechnięci i zadowoleni!!! Jesteśmy szczęśliwi!

niedziela, 8 grudnia 2013

jak mówiliśmy, tak zrobiliśmy

To bardzo miłe uczucie. Znaleźć na długiej liście bloga nie wyświetlanego kilka lat. Przeczytać stare historie. Za tydzień ruszamy. Tym razem znowu łączymy te dwa kraje. Proporcje będą inne. W Wietnamie zaledwie planujemy kilka dni na Sajgon i deltę Mekongu. Większą część urlopu spędzimy w Kambodży. Po raz drugi odwiedzimy Angkor. Liczę na lepszy stan zdrowia niż ostatnio i obejrzenie dużo większej liczby świątyń. Na co liczy Jacek? Mam nadzieję, że nie na zakupy kolejnych posągów buddy (jeden się już rozsechł po tylu latach) na markecie w Siem Reap. Oboje tęskimy za powiewem gorącego powietrza, sokiem płynącym po brodzie przy jedzeniu dojrzałego mango, o wieczornym masażu stóp (Jacek) ciała (Magda) i za cudownie leniwym indochińskim tempem życia. Nadeszła pora ruszyć w podróż.